PLFA J-11: Tegoroczni finaliści wyłonieni!

6 listopada 2017

W ubiegły weekend we Wrocławiu oraz Poznaniu cztery drużyny walczyły o prawo występu w finale juniorskich jedenastek. Na Stadionie Olimpijskim Panthers podejmowali Mustangs Płock, a Golęcin był świadkiem starcia Kozłów Poznań z Primacol Lowlanders Białystok.

Poznańska maszyna

Kozły Poznań J-11 - Primacol Lowlanders Białystok J-11

Choć obie drużyny mają w swoim składzie zawodników, którzy występowali wcześniej w rozgrywkach PLFA J-11, to jednak dla samych klubów tegoroczny sezon był absolutnym debiutem. Przy okazji, obie ekipy zostały wystawione na szerokie wody. Białostoczanie rywalizowali, m.in. z zeszłorocznym półfinalistą oraz wicemistrzem PLFA J-8 z tego roku. Natomiast na drodze Kozłów stanęli, m.in. Angels Toruń czy aktualni jeszcze wicemistrzowie, Patrioci. Mimo wszystko, ich droga do półfinału była wyjątkowo przyjemna i wygrali swoje grupy (choć drużyna z Podlasia czekała na rozstrzygnięcie do ostatniej kolejki). Największą obawą kibiców była jedynie forma młodych adeptów futbolu z Poznania, którzy przez dwa walkowery – na ich korzyść – w sezonie zasadniczym nie grali o stawkę przez cały miniony miesiąc. Tymczasem ich rywal nie opuścił żadnego meczu, dzięki czemu na bieżąco mógli udoskonalać swoją grę. Mimo wszystko, za drużyną z Wielkopolski stało doświadczenie i dwa razy większy komfort trenera w rotowaniu graczy z poszczególnych pozycji.

Pierwsza połowa pokazała, że domeną obu drużyn jest formacja defensywna. Kibice zebrani na poznańskim Golęcinie byli świadkami tylko trzech pierwszych prób – wszystkich po stronie gospodarzy, tuż przed przerwą. Co więcej, białostoczanie raz przechwycili piłkę po podaniu Gunthera Krotscha, a dokonał tego Krzysztof Polak. Jednak nawet tak efektowne akcje nie były w stanie pomóc ofensywie, która nie mogła złapać odpowiedniego rytmu. Kozły bezlitośnie rozpracowały rywala, zatrzymując większość biegów jeszcze przed linią wznowienia akcji.

Rozgrywający, Mateusz Sikorski znajdował się pod nieustanną presją, a najwięksi liderzy, czyli Noel Graf oraz Tomasz Muśko byli cieniem wcześniej prezentowanej formy. Obrona przyjezdnych starała się powstrzymywać ataki poznaniaków jak tylko potrafiła, a szczególnie wyróżniał się Grzegorz Mantur. Przez pierwsze dwie kwarty udawało im się przeciwstawić biegom Nataniela Mysiakowskiego oraz skutecznie kryć utalentowanych skrzydłowych, tj. Aleksandra Bordę i Olka Nadworniaka. To spowodowało, że w ostatnich akcjach drugiej kwarty, Damian Łuc, postanowił wysłać na skrzydło Wojciecha Perza. Ten, dzięki swoim nietuzinkowym warunkom fizycznym, zrobił to, czego nie potrafili jego koledzy – złapał dwa podania od rozgrywającego na 10+ jardów, w tym jedno w polu punktowym rywali. Po tak mocnej wymianie argumentów obydwu defensyw, osiągnięcie Kozłów nabrało podwójnego znaczenia. Uzyskali nie tylko prowadzenie na tablicy wyników, ale i przewagę mentalną, co również jest częścią składową rywalizacji w futbolu amerykańskim.

Druga połowa nie odmieniła oblicza gry. Gospodarze nie tylko byli bezbłędni w obronie, ale i udoskonalili swoje ataki, dzięki biegom środkiem Mateusza Rakowicza. Już w pierwszej serii ofensywnej przyniosły one efekty w postaci pierwszych prób, a całość została zwieńczona dziewięciojardowym podaniem Krotscha do Perza (bliźniaczo podobnym do tego z końcówki pierwszej połowy). Kilka akcji później znać osobie dała defensywa, a konkretnie Kaelin Coyne, który przechwycił podanie Mateusza Sikorskiego i został powstrzymany przez – notabene – rozgrywającego na jard przed polem punktowym. Błędy indywidualne poznaniaków oddaliły ich od niego na 9 jardów, ale to nie przeszkodziło Kacprowi Pawalczykowi w dopełnieniu formalności i zdobyciu kolejnych punktów. Przy tak dysponowanej obronie ze stolicy Wielkopolski, starta trzech posiadań wydawała się już nie do odrobienia dla białostoczan. Choć Ci starali się zaprezentować maksimum swoich możliwości, to nie wystarczyło, aby chociażby zagrozić przeciwnikowi. Co więcej, ten jeszcze dodatkowo dobił ich aspiracje powalając zawodnika z piłką w jego własnym polu punktowym.

W swojej 10-letniej historii występów w Polskiej Lidze Futbolu Amerykańskiego, jedna z najstarszych drużyn w Polsce, jeszcze nie wywalczyła sobie miejsca w ostatnim meczu sezonu na żadnym szczeblu rozgrywkowym. Tym bardziej wyczyn podopiecznych Damiana Łuca przybiera na znaczeniu.

- Początek meczu był dla nas ciężki, jeżeli patrzymy z punktu widzenia ofensywy. Duży szacunek należy się drużynie z Białegostoku, ponieważ w pierwszej połowie przez długi czas nie dawali nam rozwinąć skrzydeł. Moi skrzydłowi mieli problemy ze złapaniem piłek, które dobrze adresował do nich Gunther Krotsch. W przerwie powiedzieliśmy sobie, że już dosyć prostych błędów i trzeba wziąć się w garść. Atak w drugiej połowie zaczął ożywać przez co znacznie częściej przesuwaliśmy "łańcuch" do przodu. Na szczęście obrona znów nas nie zawiodła, która zagrała perfekcyjny mecz. Mogliśmy zagrać lepiej, ale jestem zadowolony z całokształtu. Mamy nad czym pracować do meczu finałowego. Poprawimy się być jeszcze bardziej efektywni w naszej grze. - analizuje Damian Łuc, trener główny Kozłów Poznań.

- Nie byliśmy w tym meczu drużyną, tak jak miało to miejsce do tej pory. Zbyt dużo zawodników chciało się pokazać indywidualnie, co przełożyło się na taki obraz. Gospodarze niczym nas zbytnio nie zaskoczyli, ale mają fantastycznych zawodników, którzy wypełniało swoje role w stu procentach. Szczególnie zawodnicy z pozycji linii defensywnych oraz linebackerzy. Polegliśmy głównie w akcjach podaniowych, gdzie nie byliśmy w stanie dorównać Wojciechowi Perzowi. Dodatkowo nie pomagała nam murawa, która była w opłakanym stanie przez ostatnie deszcze, ale warunki były takie same dla wszystkich, więc nie może to być wymówką. - mówi Tomasz Żukowski, trener Lowlanders.

Kozły Poznań – Primacol Lowlanders Białystok 22:0 (0:0; 6:0; 14:0; 2:0)

II kwarta

6:0 – przyłożenie Wojciecha Perza po 16-jardowej akcji po podaniu Gunthera Krotscha

III kwarta

12:0 – przyłożenie Wojciecha Perza po 9-jardowej akcji po podaniu Gunthera Krotscha

20:0 – przyłożenie Kacpra Pawlaczyka po 9-jardowej akcji biegowej (podwyższenie po akcji Mateusza Rakowicza)

IV kwarta

22:0 – safety obrony Kozłów Poznań

MVP meczu: Wojciech Perz (Kozły Poznań)

 

Mecz dla defensywnych koneserów

Panthers Wrocław J-11 - Mustangs Płock J-11

Patrząc na osiągnięcia obu drużyn w sezonie regularnym, na spotkanie półfinałowe można było ostrzyć sobie zęby. Panthers – niekwestionowani liderzy grupy południowej, Mustangs – zespół, który dokonał niemalże cudu zapewniając sobie awans z drugiego miejsca. Niestety, trenerzy obu ekip nie mieli łatwego zadania w usystematyzowaniu swojego planu meczowego, który mógłby im zapewnić grę na najwyższym możliwym poziomie. Trzy dni przed meczem, Maksymilian Samel doznał kontuzji kostki, przez co na boisku musiał zastąpić go Damian Majchrowski. O ile posiada niezbędne warunki fizyczne, to jest jeszcze niedostatecznie opierzony i przystępował do tego starcia bez odpowiedniego rytmu meczowego, co mogło zaburzyć dynamiczność ataków gospodarzy. Natomiast po stronie gości zabrakło skrzydłowego Daniela Przyborowskiego, który zapewniał ofensywie stabilność i powtarzalność w swoich zagraniach. W dodatku z urazami zmagali się także Cezary Tarkowski oraz Igor Gierski.

Całość problemów po obu stronach dopełniały warunki atmosferyczne. Przeszywający chłód oraz deszcz nie ułatwiały zadania zawodnikom. To wszystko, niestety, potwierdziły wydarzenia boiskowe. Żadna z formacji ofensywnych nie potrafiła odnaleźć odpowiedniego rytmu, stabilności i regularności. Wrocławianie z racji zmiany rozgrywającego oraz rzęsistych opadów, musieli przenieść ciężar gry na barki swoich biegaczy, przez co akcje podaniowe kibice oglądali wyjątkowo rzadko. Jeśli już, to większość z nich była niecelna lub w ostatniej chwili upuszczana przez odbierających. To też pozwoliło formacjom obronnym na przejęcie kontroli i wzięcie odpowiedzialności za sportowy scenariusz tegoż wydarzenia. Imponujące osiągami i warunkami linie defensywne nie pozostawiały cienia wątpliwości graczom z linii ofensywnych, przez co rozgrywający nie mieli czasu na dokładne rozporządzanie futbolówką, co też przekładało się na sacki i straty kolejnych jardów.

I tak w drugiej kwarcie Kacper Pawlak otworzył wynik spotkania. Po wypuszczeniu piłki z rąk przez jednego z biegaczy płocczan, ten zareagował najbardziej przytomnie i po przebiegnięciu 23 jardów zameldował się w strefie końcowej inkasując sześć punktów. Dodatkowo dołożył do swojego dorobku jeszcze punkt, po skutecznym podwyższeniu po kopnięciu. Do przerwy była to jedyna akcja punktowa, jak również jedyna warta uwagi. Jeśli ktoś myślał, że w drugiej połowy ofensywy zaczną prezentować większą jakość, to niestety czekało go rozczarowanie. Ataki obu zespołów nadal były niedokładne i kończyły się stosunkowo szybko, podczas gdy defensywy kontynuowały swoje udane zawody. Tym razem większą przytomnością umysłu wykazał się Igor Gierski, ten sam, którego występ stał pod dużym znakiem zapytania. Tymczasem okazał się autorem jedynego przyłożenia gości, po imponującym 55-jardowym przechwycie. Mustangi starały się odebrać prowadzenie rywalom egzekwując dwupunktowe podwyższenie, lecz ta próba niestety spaliła na panewce.

Pantery przyzwyczaiły nas, że najbardziej produktywni są w czwartych kwartach, a więc w momencie, kiedy do głosu przychodzi przygotowanie fizyczne oraz mentalne. Tak było i tym razem, a bohaterem okazał się Daniel Piątkowski, nominalny safety. Dwukrotnie przechwycił podania Kacpra Bogdańskiego i w tych zaledwie dwóch akcjach zdobył ok. 90 jardów! Ostatecznie to właśnie one przechyliły szalę zwycięstwa na korzyść aktualnych mistrzów PLFA J-11. Choć to nie był idealny mecz w ich wykonaniu, to nawet w tak niesprzyjających warunkach byli w stanie zwyciężyć.

- Wygrana i awans do finału PLFA J11 bardzo nas cieszy ale musimy przyznać, że nie było to najlepsze spotkanie w naszym wykonaniu. Trudno powiedzieć co spowodowało tak dużą dekoncentrację naszej ofensywy, być może seria kontuzji które przytrafiły się dosłownie w ostatnich dniach przed meczem. Pogoda była wybitnie niesprzyjająca, nieustający deszcz nie pozwalał na akcje podaniowe a przeszywający chłód skutecznie utrudniał pełne skupienie obu stronom pojedynku. Jednak niewątpliwie należą się pochwały defensywom obu zespołów - wszystkie zdobyte przyłożenia były właśnie ich dziełem. - relacjonuje Karolina Janas, kierownik sekcji juniorskich Panthers Wrocław.

- To nie był łatwy mecz. Obie ofensywy praktycznie nie istniały i o losach całego spotkania decydowała postawa obrony. Dodatkowo w trakcie meczu boisko musieli opuścić: Przemysław Pawłowski, Maciej Szymański i Sebastian Terebiński. Już przed meczem z Eagles wiedzieliśmy o naszych problemach kadrowych, ale nie wygraliśmy z czasem. Szkoda, bo wtedy inaczej by to wszystko wyglądało. Tak, czy inaczej napisaliśmy w tym sezonie kawał świetnej historii. Na największe wyróżnienie zasługuje, bez dwóch zdań, Przemek Pawłowski. Przy okazji, chciałbym podziękować też: Grzegorzowi Pawłowskiemu i Oskarowi Masłowskiemu, których trenowałem od samego początku, a był to ich ostatni sezon. Wyrazy wdzięczności również kieruję w stronę Macieja Kaczora oraz Kacpra Szczepaniaka, którzy, choć zostali ojcami w tym roku, nie opuścili drużyny i walczyli z nami do końca. - mówi z wdzięcznością Paweł Kęsy, trener główny Mustangs Płock.

Panthers Wrocław – Mustangs Płock 22:6 (0:0; 6:0; 0:6; 13:0)

II kwarta

7:0 – przyłożenie Kacpra Pawlaka po 23-jardowej akcji po fumble (podwyższenie Kacper Pawlak)

III kwarta

7:6 – przyłożenie Igora Gierskiego po 55-jardowej akcji po przechwycie

IV kwarta

14:6 – przyłożenie Daniela Piątkowskiego po 45-jardowej akcji po przechwycie (podwyższenie Kacper Pawlak)

22:6 - przyłożenie Daniela Piątkowskiego po 45-jardowej akcji po przechwycie

MVP meczu: Daniel Piątkowski (Panthers Wrocław)

Jakub Kaczmarek
kaczmarek.jak94@gmail.com
Biuro Prasowe PLFA